Czasami bywa tak, że zbieg okoliczności jest bardziej niż podejrzany.


Przyznam się Wam dziś do czegoś. Do czegoś okropnego! Do czegoś tak strasznie okropnego, że wstyd o tym pisać. Czegoś, o czym pewnie nie raz i Wy myśleliście, ale nie mieliście na tyle odwagi, aby tak postąpić. A więc – postanowiliśmy razem z Tatkiem zrobić sobie dzień wolny od pracy i od… Miśka. Plan był chytry. Zdecydowaliśmy, że oddamy Miśka do żłobka mimo tego, że mamy wolne! Wiem, wiem, źli rodzice, źli.

– To tak, jak byśmy dali go niani pod opiekę. Ludzie tak robią. Tylko my nie mamy niani, tylko żłobek. To prawie to samo. – przekonywał Tatko.

– No nie wiem. – odpowiadałam, mając w głowie setki myśli – Cały piątek wolny? Tak jak za niepamiętnych czasów? Co ja będę robić? Posprzątam, ugotuję, zrobię porządek w dokumentach, posty napiszę. Albo nie, nic nie będę robić. Będziemy leżeć i oglądać seriale cały dzień.  Będę siedzieć na Fejsie. Zamówimy jedzenie i zdrzemniemy się w środku dnia. To wszystko jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe.

W końcu postanowiłam. W czwartek, z uśmiechem na ustach, wracałam po pracy do domu. Już nawet zapomniałam o tym, że musiałam znów zostać po godzinach. Moja radość była ogromna! Jutro jest TEN DZIEŃ, myślałam. Jutro wejdzie w życie nasz niecny plan.

I od tego momentu wszystko się zaczęło:

  • Podczas biegu na autobus w japonkach, z masą tobołów, złapał mnie skurcz w stopie.
  • Mimo dalszego biegu, Pan zamknął mi drzwi przed nosem i pojechał.
  • Zawiedziona, z obolałą stopą, usiadłam na przystanku w strasznym słońcu i rozpoczęłam oczekiwanie. Aby mi się nie nudziło, postanowiłam sprawdzić pocztę.
  • Po około 20 minutach podniosłam głowę i zobaczyłam, jak zamykają się drzwi mojego drugiego autobusu! Wstałam, przebiegłam 4 metry i wróciłam na ławkę. Czekałam na trzeci.
  • Kiedy udało mi się wsiąść, kopnęłam palcem od stopy o kant. Dokładnie tej samej, w której złapał mnie skurcz.
  • Jechałam do domu dwa razy dłużej, ze względu na wypadek na trasie. Gorąc był niemiłosierny, a ja nie miałam wody.
  • Dotarłam do domu, gdzie Misiek robił rozrubę i wyciskał ostatnie soki z Tatka.
  • Po długiej walce usnął. Myśleliśmy, że jest już po wszystkim. I tak było… do 2 w nocy.

O 2 w nocy rozpoczęły się jęki i stęki, popłakiwanie i smutki. Misiek miał problemy z brzuszkiem, pojawiła się temperatura. Prawie całą noc koczowaliśmy przy łóżeczku. Następnego dnia rano, w wyczekiwany piątek, udaliśmy się do lekarza. Podczas wizyty spadł na nas wyrok – Misiek choruje w domu do środy.

– Czy potrzebne jest Państwu zwolnienie za piątek? – spytała Pani doktor, sięgając po druk.

– Nie, dziękujemy. Akurat tak się składa, że dziś wzięliśmy wolne. – odpowiedziałam, z mimowolnym uśmiechem na ustach. Bo to przecież całkiem zabawna sytuacja była.

Opuściwszy przychodnię, szliśmy do apteki w ciszy, ledwo powłócząc nogami. Zrezygnowani, nie wierzyliśmy jeszcze w ten dziwny zbieg okoliczności. Dobrze wiedzieliśmy, co nas czeka w domu. Nie tylko w ten piątek, ale i przez cały weekend. Spotkała nas sroga kara. Kara za nasz brzydki plan. Szliśmy więc pogodzeni z losem, aby odprawić naszą pokutę. Wiedzieliśmy, że ten weekend dobrze zapamiętamy. A najlepiej wiedział o tym Tatko, który musiał zostać z Miśkiem od poniedziałku do środy zupełnie sam.

IMG_0858 IMG_0862 IMG_0868 IMG_0874 IMG_0876

Kasia Szreder