Nie jest łatwo, gdy maluch choruje. Ale kiedy choruje i mama, pobyt w domu zamienia się w walkę o przetrwanie.


Dawno nie chorowałam. Bardzo rzadko mi się to zdarza. Ale tym razem poległam, ponieważ w moim domu pojawił się tak mocny wirus, że zaatakował całą rodzinę. Wszyscy po kolei zaczęliśmy padać jak muchy. Wszystko zaczęło się, gdy mieliśmy niecne plany i dostaliśmy nauczkę. Najgorzej miał jednak Misiek. Bo co począć, kiedy nie umie się smarkać? Wyobraź sobie sytuację, w której smarki wiszą Ci do pasa i nie jesteś w stanie nic z nimi zrobić! Ewentualnie umiesz wetrzeć je sobie w twarz – to szczyt Twoich możliwości. Albo możesz oddać się mamie na tortury. Do tego gorączka, kaszel i bolące gardełko powiązane ze ślinotokiem. Najgorsze jest to, że dziecko nie zna się na chorowaniu. Nie wytłumaczysz mu, że ma leżeć w łóżeczku pod kocykiem i się wygrzewać. Powiesz to samo mężowi, a przed dokończeniem zdania, leży już w sypialni zawinięty w koc w pozycji embrionalnej i czeka na pielęgnację i karmienie.

Skoro maluch nie uznaje leżenia i wygrzewania się, to co robi? Daje czadu. Najpierw daje czadu w domu, a Ty modlisz się, aby pogoda dopisała i gorączka zeszła, bo wiesz, że już dłużej w domu nie wytrzymasz. Słyszysz marudzenie z taką częstotliwością, że nawet jak idziesz wieczorem spać, jęki nadal huczą w Twojej głowie. Malucha cały czas rozpiera energia i chęć destrukcji, a Ty siedzisz wykończona na dywanie i patrzysz, jak Twoja pociecha wygrzebuje wszystko z szafek i wciera w Ciebie jedzenie.

Zdesperowana wychodzisz na dwór. Wybierasz miejsce bez innych dzieci i puszczasz malucha wolno. Co ja piszę, chodzisz za nim krok w krok, bo ciągle się przewraca i uparcie chce jeść ziemię i zbierać kapsle. Wchodzisz z nim 20 razy na schody i tyle samo razy schodzisz. Gonisz podczas ucieczki, bujasz na huśtawce i asekurujesz, kiedy chce wypaść z drewnianej ciuchci. Do tego sama smarkasz, charczysz i pocisz się tak strasznie, że liczysz tylko na to, aby Cię nikt w taki stanie nie zobaczył. Poruszasz się, ledwo powłócząc nogami. Marzysz tylko o tym, aby usiąść sobie w kącie i zdrzemnąć się chociaż 15 minut. Kiedy inni rodzice przychodzą na plac, uciekasz w popłochu z dzieckiem pod pachą. Nie tylko dlatego, że reprezentujesz sobą resztkę człowieka, ale też dlatego, że nie chcesz wykończyć całego osiedla. Po opuszczeniu placu jeździsz wózkiem między blokami do momentu, aż maluch uśnie. W tym czasie snujesz plany odnośnie tego, co byś chciała zrobić, ale nie zrobisz. Następnie biegniesz do domu, jak szalona, aby skorzystać z drzemki malucha.

I tak kilka dni, bardzo długich dni. I nocy, których nie przesypiasz, bo Twoje biedne dziecko cały czas się budzi i popłakuje, bo nie może oddychać. Chcesz wziąć wszystko na siebie, ale nie możesz. Nie śpisz tak naprawdę tydzień. W międzyczasie idziesz wykaszleć się do łazienki, aby nie obudzić malucha. Tak wygląda właśnie wspólne chorowanie. Później maluch zdrowieje, a Ty dogorywasz jeszcze przez kilka dni. I marzysz sobie po cichutku, aby to już nigdy więcej się nie zdarzyło.

1aa 1bb 1cc 5 6

Kasia Szreder